wtorek, 16 września 2014

Barany pod Baranią Górą, czyli do czego może przydać się czekolada i pasta do zębów...

6-7 września 2014

A mieliśmy sobotnim, wrześniowym porankiem ruszyć prosto w Tatry... Skrupulatnie sprawdzane prognozy burzowej pogody nas jednak zniechęciły i tym sposobem prezentuję tutaj fotografie prania z Pietraszonki i Węgierskiej Górki:



I rzeczywiście: w drodze na Baranią Górę szło na burzę, szło na deszcz...




Tak więc wędrowaliśmy sobie pustym szlakiem czerwonym z Węgierskiej Górki na Baranią Górę, z przedburzowym niepokojem i chmarą nieznośnych owadów unoszących się w powietrzu.



"gdy palec wskazuje niebo,
 tylko głupiec patrzy na palec" ;)




Było cudownie przestrzennie, cicho i ciepło. Do czasu, gdy z oddali nie usłyszeliśmy odgłosów jakby... folkowej potańcówki? I zagrzmiało tuż nad naszymi głowami.


Zdecydowaliśmy się więc zejść z grani i kierować się w stronę muzyki... 
Zaczęło delikatnie kropić. Miałam wrażenie, że równo ze mną, nade mną idzie deszczowa chmura. Tak więc poprowadziłam pierwsze krople deszczu aż do niespodziewanie spotkanego stada owiec.



A za owcami stado ludzi - rozśpiewanych, roztańczonych, i w ludowych strojach, i z parasolkami, i piekących kiełbaski nad ogniskiem, i z bryndzą, i z podpiekanymi ziemniakami... Okazało się, że przypadkiem trafiliśmy na IV Pasterską Jesień w Kamesznicy.




niestety, ten cudowny środek transportu
nie jechał w naszą stronę


Nie załapaliśmy się już na strzyżenie owiec ani na transport ozdobionym wozem za traktorem, ale wspaniale posililiśmy się, przeczekaliśmy deszcz podziwiając tęczę i ruszyliśmy w kierunku Baraniej Góry.


I z wieży na szczycie widoki były...




I można dowiedzieć się dlaczego te wszystkie świerki takie tam łyse:

większa wersja do znalezienia tutaj

Potem minęliśmy paskudne schronisko pod Baranią Górą i wędrowaliśmy już prosto w stronę naszego noclegu w Chatce na Pietraszonce. Zachodziło słońce i chwile były ulotne.





W Chatce akurat mnóstwo ludzi. Spaliśmy więc na klaustrofobicznym, dusznym poddaszu kołysani do snu brzdękaniem na przyogniskowej gitarze. Wcześniej była najwyborniejsza wiśniówka Bartka, potężny koncert świerszczy i wspomnienia starej, dobrej muzyki z niedzielnych poranków w dzieciństwie... 


A ten wrześniowy, niedzielny poranek rozbudził się przepięknie słoneczny.


"ul"

Był plan na dłuższy powrót - prosto do Węgierskiej Górki. A wyszedł krótszy - do Kamesznicy. Stamtąd czekała nas więc mozolna droga wzdłuż asfaltu... lub próby łapania stopa. Na dobrą passę posililiśmy się jeszcze norweskim wafelkiem (niebywale drogim, jak to w Norwegii).


Mimo radosnego machania, naszych przyjaznych uśmiechów, patrzeniu prosto w oczy kierowcom i innym strategiom skutecznego autostopu nikt zbyt ochoczo się nie zatrzymywał. Dobrze byłoby więc napisać jakąś zachęcającą, autostopową kartkę - ale nie mieliśmy ani markera, ani flamastra, ani długopisu, ani nic... 


Po odrzuceniu pomysłu pisania własną krwią w ruch poszła zielonkawa pasta do zębów, wzbogacona po chwili o czekoladę. I już, zaraz, pierwszy samochód - i autostop działał! Dzięki kartonowi po ciastkach "Happy" spod zamkniętego sklepu i naszej niebywałej pomysłowości szybko dotarliśmy do Węgierskiej Górki. Najpierw zatrzymała się miła, miejscowa kobieta wybierająca się właśnie na ciąg dalszy festynu z okazji Pasterskiej Jesieni. Opowiadała, jak to jeszcze niedawno Barania Góra była zalesiona. Kolejny fragment drogi, już prosto do naszego celu, podwieźli nas sympatyczni goście wracający z rajdu samochodowego. A w aucie pachniało czekoladą z miętą z naszych "2 km"...



A w Węgierskiej Górce czekała na nas świetna informacja turystyczna - choć myśleliśmy wcześniej, że to basen (?).




I cudowny czas, leniwe odprężenie nad rzeką...





Tatry więc jeszcze trochę na nas poczekają...
tu więcej zdjęć z tego cudownego wrześniowego weekendu w Beskidzie Śląskim.

Karolina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz