sobota, 9 sierpnia 2014

Pod lodowiec marsz!

9-11 lipca 2014

Czyli pobyt w gruzińskiej Swanetii (სვანეთი).

pranie o poranku

pranie pod wieczór

nasze pranie! ;)

naszym autostopowym celem - Mestia




Stopując do Mestii trochę za Khaishi utknęłyśmy chyba na dwie godziny. Przemiła rodzinka poczęstowała nas kawą, usiłowała się z nami porozumieć po rosyjsku, zorganizowała siedzonka przed ich sklepem i zaprosiła do gry w siatkę.

(zdjęcie Jagody)

A czy krowa w mieście dziwi?


Po tułaczce długą, pełną zakrętów i zawijasów drogą do Swanetii, gdzie w każdej chwili zza rogu może wynurzyć się łaciata przedstawicielka bydła, a pogodzeni z tym kierowcy po prostu ją (lub je) omijają (często w ostatniej chwili)... Prawdziwe dumne, niewzruszone kings of roads. Po takiej drodze obfitej w bydło - nie, krowa w mieście nie dziwi. ;)

nocleg nad miastem

Widziałyśmy pięknie zachodzące słońce za górami - więc właściwie chyba można było przewidzieć, że obudzimy się w cieniu (czyli w chłodzie), a nie w promieniach wschodzącego słońca ;). A że było tam całkiem stromo, a nasz namiot ze względów samolotowego bagażu podręcznego nie miał śledzi... No to obudziłyśmy się leżąc na namiotowej ścianie. 
Tak. Podróże kształcą ;)

śniadanie z psem

I ruszamy pod Lodowiec Czaladi!

Droga była bardzo długa i zdecydowaną większość czasu monotonna... Choć wokół przepiękne góry. Prosta, szeroka ścieżka, wręcz idealna na rower. No ale dziarsko szłyśmy pieszo.


gruziński recykling?... (ha, ha)




Aż do mostku wiszącego nad rwącą rzeką.

(zdj. J.)

Za mostkiem było dużo, duużo ciekawiej!



jest i lodowiec!
(zdj. J.)


Zachwycałyśmy się wspaniałą doliną otoczoną potężnymi górami aż tego zachwytu byłyśmy pełne. Dobrze byłoby wrócić do Swanetii, już tylko do Swanetii, z dobrym namiotem ze śledziami i w górskich butach, i powędrować w dal...

i powrót dłuuugą drogą
Sama Mestia jest bardzo ciekawym miejscem. Każda rodzina ma swoją basztową wieżę, która służyła do obrony rodu gdy przez całe wieki obowiązywała reguła krwawej zemsty - morderstwo kogoś z rodziny trzeba było pomścić śmiercią któregoś krewnego zbrodniarza. W basztach chroniono cenne przedmioty, zwierzęta, no i samych siebie.


Niektóre z tych wież są otwarte - i można ot, tak, po prostu, wejść na dach!


Pomiędzy wieżami klimat średniowiecznych, kamiennych uliczek... Czasem zaniedbanych, często tajemniczych i bardzo urokliwych. Mestia to trochę jak Tallinn, tylko nie jest tak turystycznie odstawiona. 







Spałyśmy (i zrobiłyśmy nawet pranie, nie mówiąc już o Душ!) na szumnie zwanym "campingiem" trawniku u miłego gospodarza, niedaleko białego mostu - spider bridge.

znak na "camping" na kawałku trawnika

biały most, zwany też spider bridge

i kolejne śniadanie z psem

Mimo wieczornego braku autostopowych perspektyw wydostania się z Mestii miałyśmy wiele szczęścia - i dotarłyśmy aż do Zugdidi. Gdzie w centrum, przy wejściu do parku można wypić niebywale dobrą mrożoną kawę! (A znając gruzińskie kawowe realia jest to rzeczą doprawdy niebywałą!)

i doładować telefon, i baterie, oczywiście

a przy pysznej mrożonej kawie
takie malunki na ścianach

Zugdidi pozostanie w naszych wspomnieniach miastem policjantów. Pomocni policjanci po niekończących się, typowo gruzińskich debatach i dyskusjach znaleźli nam miejscówę na namiot w parku naprzeciwko komisariatu, z zapewniającą bezpieczeństwo całonocną policyjną obserwacją. A następnego dnia inni policjanci pomogli uzupełnić nasze zapasy wody pitnej. Też w tych okolicach złapałyśmy policyjnego stopa. 
O, gdyby wszędzie policja była tak bardzo ludziom pomocna... ;) 

namiot daje radę!

pomidorowe serce

nasz rosyjski w praktyce ;)

I ruszyłyśmy dalej - drogą na wschód...





i więcej zdjęć


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz