Kościelec trochę przypadkiem

Tego lata bardzo chcę pochodzić po Tatrach ile można. Nadrobić tatrzańskie zaległości i pospełniać górskie marzenia.

Od czasu przejścia Orlej Perci te skaliste góry mocno siedzą mi w głowie...










Od pierwszego podejścia na Kościelec minęły prawie trzy lata. Wtedy na Karbie ekipa ekspertów od wróżenia z chmur orzekła, że idzie na burzę, więc zamiast na Kościelec weszliśmy na Kasprowy. I burza rzeczywiście nadeszła.

Później we wrześniu chyba też celowaliśmy w Kościelec, a trafiliśmy przez burzowe prognozy pod Baranią Górę z baranami. ;)

Wybierając się na Orlą Perć również myślałyśmy przy okazji o Kościelcu... Czas nie pozwolił.

I w tym roku przy pierwszym testowaniu raków na tatrzańskich śniegach Kościelec nieśmiało przemykał mi przez głowę. Ale i tym razem dotarłam jedynie do magicznego pułapu Karbu pod Kościelcem.

Jakby przekroczenie tej linii na skalisty szczyt było wręcz nieosiągalne...





Bardzo ciągnie mnie w te Tatry.
Od kwietnia tęsknię.

Pomimo więc prognoz burzowych, w wielkich rozterkach - wybrałam się gdy tylko nareszcie mogłam. Sama, a co. A, choćby tak połazić po Dolinie Gąsienicowej. Przespać się w Murowańcu. Napatrzeć na skaliste szczyty i spokojne stawy. I w razie czego szybko czmychnąć przed burzą do schroniska.

Po godzinie szóstej w środę powszednią, po przebudzeniu przez ptasie trele zza schroniskowego okna, szłam więc sobie zupełnie pustą Doliną Gąsienicową.





Właściwie to myślałam o Świnicy. A wcześniej o Szpiglasowym Wierchu, albo Wrotach Chałubińskiego, tylko do Zakopanego przyjechałam za późno, żeby zdążyć na jakiś dojazd do Palenicy... Więc wyszły Kuźnice i ta Gąsienicowa.

Zdążyłam przed dwudziestą drugą zameldować się w recepcji w Murowańcu (w środku tygodnia w czerwcu wolne miejsca!). Coraz bliżej przesilenia letniego, więc dni nieprzyzwoicie długie. A i tak najadłam się sporo strachu idąc przez późnowieczorną mgłę niebieskim szlakiem... Takie mleko w powietrzu, zapadający zmrok i poczucie dojmującej samotności. Bycie samej w zupełnej pustce - robi na mnie nieporównywalnie większe wrażenie od jakiejkolwiek ekspozycji w towarzystwie innych ludzi...

Na Świnicę bałam się więc iść sama (żadnego człowieka na szlaku o poranku...), jeszcze przy tych złowieszczych burzowych prognozach. Moim celem stała się więc Świnicka Przełęcz.







Mgły to przywiewało, to rozwiewało... Błądziły powoli nad stawami Doliny Gąsienicowej. A ja swoim tempem wchodziłam coraz wyżej oczekując na przewidywane trudności szlaku i nasłuchując burzowych pomruków...

Samotność w górach we mgle to przeżycie dla mnie dużo mocniejsze niż przypuszczałam.
Chyba byłam już blisko tej przełęczy, gdy gdzieś nade mną z białej pustki poleciał kamień. Nie widziałam go, ale słysząc jak spada coraz niżej i gwałtowniej... To, co miałam w głowie mnie przerosło. Wyobraziłam sobie nagłe załamanie pogody i siebie gdzieś tu wysoko, zupełnie samą...
Zawróciłam.





Pomyślałam więc, że pochodzę sobie po tej Dolinie Gąsienicowej. Może podejdę na Karb, potem do Czarnego Stawu i do schroniska. A potem może na Nosal, bo nigdy nie byłam? Tak na luzie. Tak w razie czego, żeby uciec przed tą zapowiadaną burzą. Czy góry to zawsze muszą być ambitne szczyty?... Napatrzę się na stawy. Zwolnię myśli. Nawdycham się samotności wśród wysokich gór. Przewietrzę głowę.



Tak...

A potem zobaczyłam, że ludzie wchodzą z Karbu na Kościelec.
Zbliżała się jedenasta. Zapowiadanej burzy nie widać.
A tu idzie jedna para, trójka chłopaków, kolejna para... Siedzę na tym Karbie, jem kanapkę z rzodkiewką i myślę: no przecież będę żałować, jak nie spróbuję...

Najwyżej przed burzą uciekniemy wszyscy razem.
Hm.

No i spróbowałam.





Ciche mruczenie wyczekiwanej cały dzień burzy usłyszałam dopiero zbliżając się do Kuźnic już popołudniu.

A o dwunastej w południe zdobyłam Kościelec... Co za radość. :)
Pierwsza samotna wycieczka w Tatry ;) i spełnione kilkuletnie górskie marzenie.

Dużo emocji i wrażeń. Co ciekawe łatwiej mi się schodziło po tych wspinaczkowych miejscach szlaku niż wchodziło.
Było przepięknie.
Na szczycie mgliste obłoki przemykały nad dolinami. Ekspozycja była niesamowita.

Miłość do Tatr w sercu płonie. ;)








Schodząc przez Czarny Staw Gąsienicowy mgła panowała niepodzielnie.

Po stawie pływała kaczka. Jakby zawieszona w nicości. Horyzont doskonale zlewał ze sobą wodę i powietrze w mleczną pustkę.










Komentarze

  1. Patrzę na te zdjęcia i... tak jakoś chłodniej i przyjemniej mi się zrobiło. A do tego przypomniałem sobie, jak dawno mnie nie było w górach. Pięknie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki!
      oby więc zainspirowało do powrotu na górskie szlaki..;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Green Velo porady praktyczne

Na ukraińskie połoniny z bieszczadzkiej tęsknoty...