Zielony maj początkiem marca, czyli jak pod pretekstem półmaratonu uciec od zimowej hibernacji ;)





Cape Greco





Ajia Napa




Skała Afrodyty


Koty


Podróżnicze blogi ostrzegały przed dużą ilością kotów na Cyprze. I rzeczywiście - koty były wszędzie. 



Już pod Hala Sultan Tekke zaatakowały całą armią. Najpierw okrążając świątynię dostrzegliśmy pojedynczych kocich przedstawicieli. Jak na obrazkach "znajdź pięć różnic" - im dłużej się wpatrywać, tym więcej kotów w dzikiej zieleni można było dostrzec. Potem cała ich gromada na parkingu. Wyszłam z aparatem z samochodu na kocie foto-polowanie - i wtedy one ruszyły. Ze wszystkich stron. Zaatakowały pierwszych turystów pod meczetem. Kocie oblężenie. Ocierały się o nogi, przymilały ze spojrzeniami wyczekiwania. Koty szare i rude. Drobnej budowy kocie młodzieniaszki i spasione, wiekowe kocury. Koty z nastroszoną sierścią jak po licznych bójkach i trudach ulicznego życia i eleganckie koty o pięknych, lśniących futerkach w niespotykanych barwach. Kocia różnorodność i mnogość nie do ogarnięcia. 

Koty jak gołębie. Wszędzie. W najmniej spodziewanych miejscach -  koty. Do niekończących się obserwacji. Wierni towarzysze podróży po Cyprze.








Ostatni cypryjski obiad akurat nie był najpyszniejszym posiłkiem w naszym życiu. Majonez nieco ratował sprawę. Cafe frappe za to "w punkt". Na tarasie tylko dla nas, z kawą z kostkami lodu cieszyliśmy się cypryjską, słoneczną wiosną początkiem marca. Orzeźwiający wiaterek, pusty basen o niezmąconej tafli wody. Niebieska sukienka z różowym kwiatkiem. Swoboda. Ciepło, słońce, radość. 

I wtedy pojawił się on. 

Od strony zejścia do basenu powolnym, cichym krokiem nadszedł. Czarny, o lśniącym futrze i... błagalnym wzroku. Rzuciłam mu pierwszą kostkę kurczaka z mojego "fresh chicken kebab". Spałaszował błyskawicznie. I kolejną. I jeszcze następną. Bartek wybierał miękkie kawałki swojego kleftiko, odpowiednie dla delikatnego, kociego podniebienia. Czy w naturalnych warunkach kody jedzą kurczaka i jagnięcinę? Chyba nie. Ten pałaszował łapczywie. Nie przeszkadzała mu nawet cebulka na kawałkach "fresh chicken kebab"...



Zakaz fotografowania


Spotykaliśmy na każdym kroku. Głównie przy granicach.

Pierwsze doświadczenie granicy to mocnoczarne linie na mapie Google w drodze do Cape Greco. W rzeczywistości przejeżdżaliśmy przez nie bez problemu, choć na mapie wydawały się być zupełnie nie do pokonania. Te czarne linie okazały się wyznaczać brytyjski teren wojskowy na Cyprze. Ogrodzenia wzdłuż drogi były wysokie i nieprzystępne, z licznymi tabliczkami informującymi o zakazie fotografowania.

Biały żołnierz na czerwonym tle straszył przy "zielonej granicy", terenie kontrolowanym przez ONZ oddzielającym część Cypru należącą do Unii Europejskiej od tej "okupowanej przez Turcję". Zakaz fotografowania absolutny. Zakaz wejścia jeszcze groźniejszy.



Fotografować nie wolno również na najwyższym szczycie Cypru. Wierzchołek góry Olimp to teren wojskowy i chęć uwiecznienia na zdjęciu tych wojskowych zabudowań może skończyć się wyraźną prośbą żołnierza z karabinem o skasowanie fotografii...

widok z Olimpu


Zdjęć nie można robić także przy drodze na zamek świętego Hilariona (swoją drogą: absolutnie zachwycające miejsce! Najbardziej robiący wrażenie zamek jaki w życiu widzieliśmy!). Olbrzymi pomnik-żołnierz w odcieniach czerwieni przywodził na myśl klimaty byłego Związku Radzieckiego, choć to przecież zupełnie inna historia...

Zakaz zdjęć obowiązywał także przy słonym jeziorze w Limassol. Tam potężnie wysokie konstrukcje przypominały Bartkowi z kolei Oko Moskwy...

Ten w wielu miejscach obecny zakaz fotografowania na turystycznym, słonecznym Cyprze podsyca niepokój uwięźnięty gdzieś pod skórą... 

zamek świętego Hilariona













Wieczory


Były nostalgiczne.

Już od pierwszych w podróży promieni zachodzącego słońca, które wpadało do budki strażników granicznych. Było w tym słonecznym świetle dużo melancholii i tęsknoty. Ciepły, jakby już letni wieczór. Pierwszego dnia marca! Łagodność światła powoli zachodzącego słońca mieszała się z poddenerwowaniem związanym z przekraczaniem, bądź co bądź, granicy. W ciepłe, słoneczne blaski wkradał się niepokój i niepewność.




A potem poszukiwanie "miasta duchów". Mapa google sugerowała skręcić w lewo -  a tam zarośla, chaszcze, na czerwonym tle biały żołnierz broniący wstępu. To właśnie okazała się być granica dzielnicy Warosia. "Zielona strefa". Zmierz zapadał niespiesznie, jechaliśmy wzdłuż ogrodzenia. Zza siatki straszyły puste oczodoły opuszczonych budynków. Natura powoli odbierała co jej. Z domów wyrastały drzewa, na balkonach całe ogrody bujnej zieli. Hen, w dal, za ogrodzeniem ciągnął się wymarły krajobraz.

Smutne widoki.







Po drugiej stronie domy jakby nigdy nic. Z oknami na stronę opuszczonej, niedostępnej Warosi. W którymś momencie zatrzymaliśmy się i wpatrywaliśmy w "zieloną strefę" niszczejących zabudowań, kiedyś czyichś mieszkań, teraz zionących pustką czarnych okien, gdy za nami z zamieszkałego domu naprzeciwko wydobywały się dźwięki zbieranych sztućców i talerzy. Porządki po kolacji. Najzwyklejsze dźwięki domowej codzienności. Bezpieczeństwa. Pewności jutra.

Przerażający kontrast.







Kolejnego wieczoru w ciepłych promieniach zachodzącego słońca szwendaliśmy się wzdłuż ogrodzeń przedzielających stolicę Cypru na część europejską i turecką.

Tu to dopiero uderzanie kontrastów... Przy pieszym przejściu granicznym po tureckiej stronie plejada kiczu i markowych (?) dresów. Sklepiki wyczekujące turystów. Ceny zupełnie nie tureckie. Komercja w najczystszej postaci.

Poszukiwaliśmy bardziej autentycznego otoczenia granicy i zanim trafiliśmy na podobne obrazki co poprzedniego wieczoru - natury wracającej po swoje do podupadłych, opuszczonych budynków - trafiliśmy do ogródka hippisowskiej knajpki. Kolorowo, w powietrzu reggae i beztroska, buja się pasiasty hamak, drewniana lada z pastelowymi napojami kusi do zakupów i zatrzymania się tu na chwilę. Miejsce przypominało mi hostel w Dali. Dla backpackersów, wolnych podróżników ze Stanów i zachodniej Europy. (Niby miejscowo, niby można poczuć klimat "tego, co prawdziwe w egzotyce", ale na śniadanie znane pancakesy z syropem klonowym i angielskojęzyczne towarzystwo spędzające popołudnia grając ze sobą w ping-ponga). Zrobiło to na mnie wrażenie - miejsce dostosowane do takich jak my poszukiwaczy "autentyczności". Tuż obok muru, z widokiem na wyrastające z dachów opuszczonych domów drzewa terenu kontrolowanego przez ONZ...







My, już nie rasowi backpackersi a wypożyczacze samochodu na wyspie ;), nie daliśmy się zwieść kolorowej, hippisowskiej knajpce i wędrując dalej trafiliśmy do podejrzanie otwartej (?) części "zielonej strefy". Z placem zabaw i turecką kawą podaną przez uroczego, starszego pana z nieco podniszczonej budki. Siedzieliśmy przy stoliku tuż obok siatki, z widokiem na zadbaną, europejską część Nikozji i z turecką muzyką z radia. Patrząc w drugą stronę dostrzec można było strażnicę ONZ i domy o pustych oknach...

"Zielona strefa" daje do myślenia. Budzi refleksję. Straszy.
Rodzi niezrozumienie dla stawiania granic...










Kolejny wieczór to Półwysep Akamas. Droga szybko z asfaltowej przemieniła się w polną, po której dziarsko śmigały pojedyncze a'la terenówki na czerwonych blachach. I my tułaliśmy się przez te pustkowia.

Bo Akamas to ponoć najdziksza część Cypru. Droga wzdłuż linii Morza Śródziemnego, a w głąb - zupełne bezdroża. Za horyzontem, za polami pełnymi niskich, chaotycznie rosnących krzaczków ciągnęło się Niewiadome. Podskakiwaliśmy autem na dziurach i wybojach, słońce niby świeciło chyląc się ku zachodowi, ale niebo nad wodą było jakby w odległej mgle. Nieprecyzyjne, rozmyte granice. Nastrój wieczoru mieszał melancholię z czymś słodkim, a jednocześnie ostatecznym...




Woda obmywała stopy, które oblepiły się grubym, ciemnym piaskiem. Siedząc na kamieniu i czekając, aż stopy nam wyschną, patrzyliśmy na czerwieniejące ze wstydu słońce chowające się za horyzont z mgły. Czerwona kula zbliżała się do morza, a mi po głowie chodziły myśli o spacerze wzdłuż Bałtyku do stadniny koni, chyba w piątej klasie podstawówki, na "zielonej szkole". Na głos myślałam o relacjach, które zanikają. O schematach, w które kiedyś wchodziło się zupełnie bez refleksji. O odpuszczaniu, o braku walki, o wycofywaniu się. Myśląc na głos rozumiałam więcej. Pytania pozostawały bez odpowiedzi.






W ostatni wieczór znaleźliśmy się w okolicach wielkiego jeziora w Limassol. Miały być flamingi, a było już zupełnie ciemno wśród sitowia przy wodzie. Jezioro pięknie widzieliśmy poprzedniego dnia niemal z lotu ptaka, z wysoko w górach położonej drogi z Olimpu. Za to tego wieczoru trudno było dostrzec granice Salt Lake Limassol. Znów taka nostalgia wisiała w powietrzu. Ciepły, letni wieczór w marcu na Cyprze, chłód ciągnął jednak od wody. Na bocznej, pustej drodze próbowałam swoich sił w jeździe po lewej stronie ulicy. Drogowskaz wskazywał na cerkiew świętego Mikołaja od kotów (!!!), a z zarośli wydobywały się zagłuszające o czym innym myśli dźwięki.

Żaby? Czy jakieś cykady?

Coś u nas w tej częstotliwości niespotykanego grało na całego.
Ciemność spowijała świat wokół, ledwo widoczne zarysy wysokich traw skrywały filharmonię dla orkiestry natury.

Uczucia odbijały się od siebie. Smutno-tkliwej radości, melancholii o przyjemnym podłożu, nostalgii do teraźniejszości...

flamingi w Larnace



Żółte kwiatki


Pierwsze żółte kwiatki spotkaliśmy na łączce za meczetem w Larnace. Tam zaparkowaliśmy auto i ucięliśmy sobie poranną drzemkę po nocnej tułaczce samochodami. 



Tam właśnie poczułam ten maj w marcu. Kwiatki, które przypominały mlecze, ale mleczami nie były. Bezkreśnie zielone polanki. Ach, ciepło! I było czuć zapachy w powietrzu! Z impetem wróciły wspomnienia letnich dni. Dni, w których powietrze PACHNIE. Wylecieliśmy z Polski, w której szalały wtedy mrozy do minus dwudziestu stopni. Z Polski skutej lodem i okrytej śniegiem, z Polski zahibernowanej. Kontrast zimy i polskiej zimowej stagnacji z cypryjską wiosną był porażający. Absolutnie wspaniałym doświadczeniem było wtedy poczuć na Cyprze słoneczne promienie. Zobaczyć zieloną roślinność. Wdychać ciepłe powietrze przed świtem, za dnia i wieczorami. Powietrze, które pachniało. Zapachy bez granic roznosiły się w cieple. Skóra pachniała słońcem. Żółte kwiatki cieszyły oczy.

Przy zapierających dech widokach ze skalistych klifów Cape Greco żółte kwiatki radośnie sprowadzały na ziemię, gdzie wiosna i słoneczne dni toczyły się błogo.






Kolejne całe pola tonące w wiosennej słoneczności żółtych kwiatków widzieliśmy po tureckiej stronie Cypru, jadąc w kierunku Nikozji od północy. Hen, w dal ciągnące się polne krajobrazy. A pośród tych naturalnych obrazków ścieżka, po której pojedynczo szli ludzie do białych budynków. Nowoczesne osiedle, które wyrosło pośrodku niczego. Taki surrealistyczny dość widok.

Żółte kwiatki na zielonych łąkach, a w dali wzgórza i turecka flaga...





Żółte kwiatki widzieliśmy też dnia ostatniego. Trochę przypadkiem trafiliśmy przez dziurawą siatkę do Parku Archeologicznego w Pafos. Piękne to były tereny, całe łąki żółtych kwiatków, przy drodze nawet jakieś pojedyncze maki cieszyły swą czerwienią oczy. Maki w MARCU!... Spod białej latarni piękny widok na morze i brzeg. Wspaniałe miejsce do cieszenia się z sukcesu przebiegnięcia półmaratonu w Pafos i zwieńczenie radości z marcowego pobytu na Cyprze wśród żółtych kwiatków. ;) 








Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Green Velo porady praktyczne

Psychizacja krajobrazu

Tatry Zachodnie kwietniowe