Zdjęcia, których nie ma

Z rowerowej podróży mam takie kadry, których nie nadążyłam łapać obiektywem (wąskim – do niepełnej klatki wzięłam najlżejszy obiektyw: 50 mm. Te złapane kadry więc są dość... bliskie).

To będzie więc wyjątkowy wpis - bez zdjęć.
Tekst o zdjęciach, których nie ma.

Dotykanie cudzej codzienności. Historie jakby podszyte stasiukową narracją. I to poczucie wolności, doświadczania życia...


No to obrazki.

Najpierw Przemyśl. Najchętniej zsiadłabym z roweru i robiła zdjęcia. Przed dworcem panowie taksówkarze. Swojscy i mający obfitość czasu. Przywodzący na myśli tych gruzińskich mężczyzn, którzy cały dzień mogą spędzić na obradach o losach świata. Szczególnie w tak ciepłe dni, kiedy tym bardziej nie ma się gdzie spieszyć. Jeden pan taksówkarz spod przemyskiego dworca stał przy swoim TAXI i moczył herbacianą torebkę we wrzątku w plastikowym kubku. I ten taksówkarz, i ta okolica dworca PKP w Przemyślu, i ta torebka herbaty w tym plastikowym kubku, i ta para unosząca się znad wrzątku w tym porannie późnowiosennym słońcu - powstał kadr doskonały.

A przemyscy taksówkarze mówili, że Green Velo nie istnieje.


Sobota. W Przemyślu ludzie leniwie spieszą się na targ. Radzą, którędy przedostać się przez rzekę. Migają obrazki warte uwiecznienia. W bloku każdy balkon okwiecony. Ograniczony metalową barierką i przyozdobiony na swój niepowtarzalny sposób. Na najwyższym piętrze parasol i pełen relaks dwóch pań w słoneczną, czerwcową sobotę.


Czas na zdjęcie prania, którego nie ma:
Za Przemyślem szlak prowadzi przez zielony, wiszący most nad rzeką. Kawałek dalej w totalnym pustkowiu przejętym przez zarośla i pola, bez sensownej drogi dojazdowej stoi parę chałupek. Pobieżnie wyglądało to na obóz cygański. Ludzie siedzieli na ławkach, schodkach, ktoś zagadywał, przyglądał nam się z zaciekawieniem, malownicze pranie powiewało na wietrze, a my przejeżdżaliśmy rowerami jakby przez środek ich podwórka...


Przed Horyńcem, upalne niedzielne przedpołudnie. Na podrdzewiałej beczce stała dziewczyna w intensywnie niebieskiej bluzce. Taki chaber. Na dole krowy pasące się na łące. Z beczki chyba lała się woda do wodopoju dla bydła. Idealny kadr... Te kolory, ten układ...


Goniądz. Niby bloki, a jakby wieś. Z któregoś okna krzyk: "Hania, do domu!". Śniada młodzież przy podupadającym budynku podpala papierosy. Miejscowi młodzi gniewni. Tacy pewni siebie i budzący postrach stoją na tle naderwanego plakatu "1% dla białostockiego hospicjum".





Sklep w miejscowości Bór. "50 m" od głównej drogi, po której rzadko coś przejeżdża. Zaraz za prawdziwym leśnym borem. Oj, co to był za sklep... Gdy Bartek kupował jedyny żółty ser i przedostatni sok w kartonie pani sprzedająca oglądała serial w telewizji, a pod oknem w sklepie pan popijał piwko. Za oknem smutnie wciśnięta za kraty przekrzywiona tabliczka "Zakaz spożywania alkoholu w obrębie...".
Po naszym polowym posiłku za jakieś pół godziny wróciliśmy pod sklep. Tym razem ja kupowałam gorzką czekoladę. Kuśtykający panowie o doświadczonych życiem twarzach wchodzili z butlami z syfonem i wychodzili z żółtymi oranżadami pod pachą. Pod oknem w sklepie trzech panów popijało piwko. Kupiłam gorzką czekoladę, a za mną dialog:
                    Poproszę dwie.
                    Ale czego dwie?
                    Dwie wody rozmowne.
                    To wino czy flaszki?



Malowniczo bardzo. Choć chyba jeszcze bardziej smutno.
Pomyślałam wtedy, że urzekają mnie prowincjonalne kadry, wiejskie klimaty. Uwielbiam te przejażdżki przez wsie i codzienność małych mieścin. Te bary pod Koroną i sklepy Ramzes. Te  łabędzie z powyginanych opon i kiczowate krasnoludki przy sztucznych borowikach. Pomniczki, kamienne lwiątka przy bramie i plastikowe pary bocianów na dachach.  Rozczulają takie obrazki... Gdy przejeżdżam – i mijam. Gdy lekko muskam – i zostawiam. Że z bliska i na dłużej przygnębia mnie to, co chwilowo chwyta za serce...


Spotykaliśmy wciąż po drodze zapachy z dawnych lat. Prosto z dawnych wspomnień wonie, których na co dzień nie spotykamy.


Kolejne kadry, których nie ma.

Zwierzyniec. Czekamy na nasze placki ziemniaczane w podłym fast-foodzie i obserwujemy toczące się obok życie dziewczyn sprzedających lody. Młode, pewnie jeszcze nastolatki, albo ledwo co dwadzieścia lat. Wszystkie trzy w firmowych fartuszkach w odcieniach pudrowego różu. Do tego tablica w starym stylu, ponaklejane napisy i nierówno przypięte ceny. Kuracjusze przychodzą i odchodzą, podobni do siebie, tak samo nie widząc wypisanych smaków lodów i nie wiedząc przy którym okienku stanąć. Cały czas, cały dzień te same lekkie wybory i błahe rozterki. Wanilia. Jakieś owocowe, ale nie kwaśne. Chałwowe. A te krówkowe to bardzo słodkie? Do dziewczyn w różowych fartuszkach podeszła koleżanka. Darmowe lody mimo śmiechów i pogaduszek po znajomości się nie należą. Częstują ją za to napojem w szerokiej, trójkątnej szklance, który same piją. Nagle głośne piski, śmiechy. Nawet nie speszenie przed kolejną starszą klientką. I za chwilę powrót do  ekscytacji sekretną zawartością świetliście żółtej szklanki.
Za kilka lat spotkają się podczas studenckich wakacji lub przy świętach wracając do swojego rodzinnego Zwierzyńca i będą wspominać, jak to pracując w lodziarni ukradkiem piło się z trójkątnej szklanki...



Lasy przed Suwałkami. Tego dnia bardzo, bardzo długo jechaliśmy przez las. To chwilę asfaltem, to mozolnie piaszczystą leśną drogą. Małe wioski, dwa domy na krzyż zagubione gdzieś w środku tego wielkiego lasu. W białym samochodzie jechał sklep. Pytaliśmy, jak daleko do asfaltu i pan sprzedający w auto-sklepie zawyrokował przed nami daleką jeszcze drogę piasko-żwirem. Zakopywaliśmy się rowerami w tych suchych, piaszczystych ścieżkach. Pani kupująca w sklepie na kółkach usprawiedliwiała swoją okolicę: od dwóch miesięcy nie padał tutaj deszcz! Turlaliśmy się więc po piasku, to mijając, to dając się wyprzedzić przez samochód-sklep. W środku pomidory, żółte oranżady... Kto dziś jeszcze pije takie oranżady?! Do auta-sklepu powoli wychodziły na piaszczystą drogę ze swoich domków starsze panie. Przy szklarni w kolejnej wsi dziewczynki z matką układały kapuściane liście (...? przypominało mi to zajęcie dzieci w wioskach Yunnanu, które w liście zawijały ryż...). Ludzie na nas patrzą z zaciekawieniem, my mówimy "dzień dobry!", oni się uśmiechają.


Starsza pani ubrana na czarno patrzy przed siebie. Siedzi wyciągając nogi podparte o pastelowy mur werandy. Nad nią zwisają bladoróżowe pędy kwiatów.
Co za piękne kontrasty... Co to byłoby za zdjęcie!...


Przed trójstykiem granic wsie pełną gębą. Pagórkowato, zjazdy i podjazdy, droga piaskowo-błotna, zapachy i widoki bardzo wiejskie. Szło na burzę, szło na deszcz. Bociany odleciały z gniazda. Leszkiemie. Skryliśmy się pod czyjąś werandą obrośniętą winoroślem. Nikogo w domu nie było, krowy muczały. Trochę koniec świata przed granicą z Rosją. Padał deszcz i nadawał światu niesamowite kolory igrając ze światłem. Potem wyszła tęcza.


Korsze. Przedpołudnie. Pod daszkiem MORu chroniąc się przed jedną z wielu tego dnia deszczowych fali zajadamy naszą owsiankową paszę ze świeżymi truskawkami. Również pod tym daszkiem stali dwaj panowie. Tyłem do nas. Przed nimi ściana deszczu. Niby czekali, aż przejdzie ten deszcz... Ale padało coraz słabiej, a oni wciąż stali. Na co czekali? Może na coś Więcej? Mignął mi w głowie K-Pax i snuły się wizjonerskie obrazy... Jak u Stasiuka, lepko upalna Albania i wieczne czekanie miejscowych mężczyzn... Deszcz w końcu ustał zupełnie i panowie jednak ruszyli... ;)


Górowo Iławieckie. Dzień ciepły i słoneczny, tułając się po swoich drogach zrobiliśmy sobie przerwę. Z widokiem na miejscowe atrakcje – po prawej cerkiew, po lewej rynek – na schodkach zajadaliśmy lody. Z tych schodków podnosiliśmy się, żeby przepuścić panią, która wychodziła z domu, by za chwilę wrócić z lodami gałkowymi w wafelkach w obu dłoniach, zadowolona. Wyszła z domu po lody na rynku – na przeciwko swoich drzwi. Uroczy kadr... i uroki takich miejsc.


Środa. Dzień przed Bożym Ciałem. Wjeżdżamy do wsi Kwiatkowo. Za znakiem z nazwą miejscowości mówi nam "dzień dobry!" pani zbierająca na jutrzejszą procesję te wszędobylskie fioletowe kwiatki... :)


Słoneczne popołudnie, przejeżdżamy przez jakieś wzgórze-park, w powietrzu unoszą się pyłki. Pyłków tysiące, cała chmara. Świetliście. Pyłkowy atak. Rozbłyski słońca, pięknie. A po środku eleganckiej ścieżki rowerowej głośnik i miejscowa młodzież. Lokalsi przejmują struktury green velo wieczorami. Rozsiadają się na ścieżkach rowerowych i słuchają muzyki (tak, że ledwo co nie przejechaliśmy tego mało widocznego na ziemi stojącego głośnika). Zajmują wiaty MORów i skubią słonecznik. Rozbijają butelki. To w końcu ich rewir.



Bartoszyce, środa rano. W Parku Elizabeth, gdzie ponoć bogaty mąż zasadził drzewa na cześć swojej zmarłej żony, jak gdzieś wyczytał Bartek, jedliśmy swoją owsianą paszę (tym razem bez truskawek), a Bartek naprawiał mi przebitą dętkę.
- E, wyłącz tę maszynę, bo nie słyszy jak mu syczy!
- Więcej napompuj! Nie usłyszysz, więcej!
- Do wody z tym idź! - rozlegały się porady panów zbierających w parku skoszoną trawę.
Pobliska rzeka rzeczywiście pomogła, dętka zaklejona, a my od panów po śniadaniu dostaliśmy styropianową miskę całkiem niezłej grochówki.;)









Komentarze

  1. Dobrze, że na wycieczce był tylko jeden obiektyw,
    Moja wyobraźnia najadła się oglądając zdjęcia, których nie ma

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pewnie lepsze obrazy od zdjęć, które by mogły być ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Psychizacja krajobrazu

Pokonanie legendy... czyli cała Orla Perć w jeden dzień (zupełnie niespodziewanie!)

Na ukraińskie połoniny z bieszczadzkiej tęsknoty...

Żyjąc w zachwycie tym wstrząsającym...

Green Velo porady praktyczne