środa, 4 października 2017

Na ukraińskie połoniny z bieszczadzkiej tęsknoty...

Podobno to najpopularniejsze marzenie bieszczadzkiego turysty przemierzającego polskie połoniny - móc przejść na tą mityczną ukraińską stronę...


skryte ukraińskie pranie


Takie marzenie było i moim udziałem, gdy w 2011 roku pierwszy raz w stylu backpackerskim ;) wędrowałam z Klaudią po bieszczadzkich szczytach. Pamiętam te westchnienia i tęskne spojrzenia z Tarnicy, Halicza i Rozsypańca hen, tam, w dal, na wschód... Marzenie stosunkowo szybko udało się zrealizować, bo już w 2013 roku w powiększonym składzie włóczyliśmy się po ukraińskich połoninach Świdowca. Było przepięknie... I od tamtej pory tęsknota za górami na Ukrainie regularnie do mnie powraca. 



Powrót platzkartą tam, gdzie ukraińskie Kvasy
otwierają swe wrota, by jako brudasy
włóczyć się po błogich połoninach,
w namiocie spać, nie wybrzydzać w winach…
Zachwytów moc, a bez wydania grubej kasy.



Tego lata coraz wyraźniej z mglistych zamiarów wyłaniały się konkretne kształty planów na ponowną podróż w tamte strony. Przygotowując się do wycieczki uświadomiłam sobie, że te wyśnione, wymarzone mityczne góry "po tamtej stronie", które tak dobrze widać z Halicza, to przecież... pasma dużo bliższe polskiej granicy niż Świdowiec! To w końcu są dalej Bieszczady, tylko ukraińskie. 


Tęsknota sprzed sześciu lat odżyła na nowo. ;)


ot, i ukraińskie Bieszczady.. czyż nie podobne do tych polskich? ;) 





Zebrałam zatem pomocne porady, potrzebne informacje znalezione po internecie i wśród znajomych, pożyczyłam mapę, spakowałam plecak i z niezawodną towarzyszką podróży-Jagodą ruszyłyśmy na wschód.


Ostatnie dni lata chciałyśmy spędzić na ukraińskich połoninach.






Był zatem pociąg do Przemyśla, bus do Medyki, przejście granicy pieszo, postój marszrutek... Tym razem w podróży chciałyśmy przemieszczać się marszrutkami. Albo klimatycznym pociągiem wzdłuż granicy... który jednak z Sambora jechał po godzinie 20, podczas gdy my byłyśmy tam już o 15. Zatem skoro nie ten legendarny pociąg, no to chociaż te popularne na wschodzie marszrutki. Tak, żeby tym razem zrezygnować z autostopu i jechać razem z ludem ukraińskimi busikami pamiętającymi dawne czasy. Wejść w klimat. Poobserwować okolice przez wyblakłe zasłonki z frędzelkami. 

Nie jest jednak wcale tak łatwo dotrzeć marszrutkami do tych wiosek na końcu świata przy polskiej granicy... Autostopowa przygoda rozkręciła się więc na nowo. Najpierw był szalony taksówkarz, który klął po polsku całkiem płynnie, jednak opacznie zrozumiał zwracanie mu uwagi na zbyt szybką jazdę i po wysadzeniu nas przy dworcu obrażony ruszył z piskiem opon, nie chcąc zapłaty... Potem zatrzymał się miły pan z synem jadący dostawczakiem piekarni. Uratował nas, gdy przespałyśmy właściwy przystanek naszej wyczekanej marszrutki i przy zapadającym zmierzchu przemierzałyśmy nieznane ukraińskie wsie... (Miałyśmy wysiąść w miejscowości Turka, a wylądowałyśmy we wsi Borynia). Nasze plecaki jak bochenki chleba wpakowały się w skrzynki w bagażniku auta piekarni Pański chleb. Już przy powrocie był i Ukrainiec, który chciał pomóc nam we wszystkim. Chwalił się, że w jego żyłach płynie polska krew. Miał dziadka-Polaka o znanym (?) nazwisku i jakieś dla nas niepojęte przekonanie, że wszystko co polskie, to lepsze.


Kierowca auta z piekarni dopytywał: Nie boicie się tak? Same, we dwie, w te góry?...





Pojechawszy do celu rozbiłyśmy namiot w doskonałym miejscu za cerkwią w Siankach i poszłyśmy spać.

Rano Jagoda pozwijała tortille i ruszyłyśmy w drogę. Przez wsie, z miejscowymi przewodnikami w postaci Babuszki idącej za las kopać kartofle. Zaprowadziła nas na skróty do drogi i osądziła, że przydałby nam się jeszcze ktoś w te góry...










Nasz szlak bardziej wyczuwałyśmy niż widziałyśmy. Mieli rację wszyscy - na oznakowanie szlaków w ukraińskich Bieszczadach nie ma co liczyć. Można za to liczyć na miejscowych, którzy, choć rzadko spotykani, wiedzą który to jaki szczyt i którędy na niego dojść. Pan z pieskiem zbierający grzyby pierwszy dał nam nadzieję. Wskazywał po kolei wszystkie nazwy gór, które czytałyśmy mu z mapy. Pani ze złotym zębem pasąca krowy poradziła dojście na szczyt Starostyna przez wieś w dolinie. O, tam! - pokazywała nam palcem Starostynę na horyzoncie. Miłej pani jednak nie mieściło się w głowie, że naszym ostatecznym celem wędrówki jest Pikuj. Pikuj to nie, to daleko, to inny oblast... Pan ze wsi potwierdził słowa pani, że droga na Starostynę jest dobra, da się nawet nią na górę dojechać jakimś autem. Szłyśmy więc dziarsko przez siebie, pokonałyśmy dolinę z senną wioską, powoli wspinałyśmy się w górę w stronę lasu... Nasza ścieżka jednak pod lasem za wsią nagle się urwała. Ponieważ na wcześniejszych fragmentach szlaku świetnie spisywało się hasło: zasada jest prosta - należy podążać grzbietem gór - i tym razem ruszyłyśmy pod górę. Na przełaj. Przez leśną gęstwinę. W razie czego - zejdziemy na dół, myślałam sobie. Dość szybko jednak przedostałyśmy się na szeroką, leśną drogę. Założyłyśmy, że skoro ciągnie się w górę, to pewnie prowadzi na szczyt - a w razie czego zejdziemy w dół do wioski, wciąż taką myśl miałam w głowie. W końcu idąc za drogą prędzej czy później na pewno gdzieś się dojdzie... Wędrowałyśmy przez las, przy rozdrożach polegałyśmy na swojej intuicji. W międzyczasie trochę pokropiło, trochę się ściemniło... Aż w końcu naszym oczom ukazały się połoniny!

Radości nie było końca. :)









podążając za drogą w końcu na pewno się gdzieś dojdzie... ;)



Trochę mglisto, trochę chłodno, jednak mając już przed sobą drogę po bieszczadzkich połoninach odetchnęłam z ulgą. Przynajmniej z nawigacją pójdzie już prościej. Dzień chylił się powoli ku zachodowi. Wrześniowe trawy Bieszczadów wyłaniając się z mgły cieszyły oczy feerią barw. Znalazłyśmy eleganckie miejsce na namiot, pomiędzy szczytami. Zjadłyśmy kaszę, wbiłyśmy nawet wszystkie śledzie w miękką ziemię, opatuliłyśmy się śpiworami i folią NRC. Było doskonale, nawet całkiem ciepło. Mrok zapadł...





Gdy nagle błysnęło.

I zagrzmiało.


Chyba nigdy w życiu nie bałam się tak bardzo jak wtedy.

Byłyśmy same na połoninach. Wokół tylko lasy i ciemność. Gdzieś tam, hen, daleko, za lasem, wioska. Noc. Totalne odludzie.
I burza.

Przypominałam sobie wszystkie porady dotyczące burzy. Odliczanie od błysku do grzmotu. Ściąganie pioruna przez najwyższy punkt w pobliżu... którym przecież może okazać się nasz namiot. Na tych ukraińskich szczytach nie ma żadnych drogowskazów, żadnych słupków, które mogłyby posłużyć za piorunochron. Myśli przerażone biegały po głowie. Wyłączyłyśmy telefony. W ulewie zniosłyśmy namiot jeszcze trochę niżej, bliżej linii lasu. Ale nie za blisko, bo co dobrego może nas spotkać w lesie w czasie burzy... W tym strachu i bezradności wyciągnęłyśmy nawet z namiotu pałąki, zostawiając sam tropik, żeby namiot nie ściągnął na nas piorunów (to był mój pomysł...). Przeleżałyśmy prawie całą burzę na trawie (w końcu podczas burzy w górach powinno się gdzieś położyć żeby nie ściągać na siebie wyładowań - tak coś kojarzyłam).

Okropna była ta bezradność, zupełna bezsilność.

Na szczęście grzmoty ucichły. Deszcz prawie ustał. Totalnie przemoczone ponownie rozłożyłyśmy  (!!!...) nasz namiot. Ubrałyśmy się we wszystko, co miałyśmy i próbowałyśmy zasnąć... Bo co tu zrobić w środku nocy w górach?



Kolejna burza przyszła około pierwszej w nocy.

A potem jeszcze trzecia - wpół do piątej.

Obie burze przeczekałyśmy już w namiocie.

Byłam przekonana, że nie przeżyjemy tej nocy. Nigdy w życiu nie byłam podczas burzy gdzieś przy szczytach gór. Tym bardziej - w nocy. Same, tylko we dwie. Nawet nie wiedziałybyśmy pod jaki numer dzwonić na tej Ukrainie, gdyby coś się stało jednej z nas...

Modliłam się przez niemal cały czas tego potężnego strachu.

Nieopisana wdzięczność, gdy obudziłam się po raz czwarty... i było jasno!
Przeżyłyśmy trzy nocne burze w górach!
Co za radość!... :)


A teraz widzę ładne dwie górskie metafory do odniesienia w życiu.

W lipcu przeszłam całą Orlą Perć - i to jakby symbolicznie dało mi siłę. Świadomość, że mogę zrobić więcej, niż sama myślę, że dam radę. Podejmowałam później kolejne próby działań, które wydawały mi się nie do zrealizowania... Ale dałam radę. Tak jak na Orlej Perci, tak i później w życiu. Świetna sprawa - takie górskie doświadczenie, które przekłada się na różne sytuacje w życiu. :)


A teraz ta bieszczadzka bezsilność... Bo w gruncie rzeczy - co ja mogę? Na co mam wpływ? Człowiek jest pyłkiem we wszechświecie. Wydaje się, że jego decyzje i działania to tak wiele... A jest zupełnie bezradny wobec potęgi natury. W takich chwilach jak burza w nocy na połoninach pozostaje tylko zwrócić się do Boga. Nie ma wyjścia z sytuacji. Nic nie zależy ode mnie. Nic nie mogę zrobić. Dogłębnie uświadomiłam sobie swoją po prostu ludzką niemoc.
I wszechmoc Boga.
Oby to silne przeżycie stało się impulsem do prawdziwych zmian i nawrócenia... ;)


Wdzięczność, którą miałam w sobie gdy obudziłam się w namiocie o poranku... gdy było jasno i cicho, i gdy wciąż żyłyśmy... Ta wdzięczność była niezmierzona. ;)









Tego dnia, pierwszego dnia nowego życia po przetrwaniu nocnej burzy w górach, byłyśmy zdeterminowane, żeby przed zmrokiem zejść z gór w doliny. ;)

Męcząca była to wędrówka, raz przez mgły, raz z pięknymi widokami. Ukraińskie Bieszczady we wrześniu są zachwycające. Połoniny tak rozległe i jesienne. Było zupełnie pusto, spotkaliśmy tylko lokalnych zbieraczy czerwonej brusznicy (którzy potwierdzili nasze przypuszczenia, że idziemy dobrą drogą na Pikuj ;) ).






o, tam, to chyba Pikuj!







Na najwyższy szczyt Bieszczadów, który był naszym celem, dotarłyśmy wymęczone. Gdy wdrapałyśmy się po skałkach na samą górę akurat przewiewało chmury. Po chwili naszym oczom ukazały się wspaniałe widoki na wszystkie strony świata... Fantastyczna nagroda po górskich trudach. :)

Pikuj! Najwyższy szczyt Bieszczadów! Jest! Marzenie spełnione, cel osiągnięty! ;)






















Wracając kierowałyśmy się odwrotną zasadą niż wcześniej - byle w dół, i będzie dobrze. Do jakiejś wsi w końcu zejdziemy. ;)





a cóż to za szczyt tam, w dali, proszę państwa?

toż to nasz Pikuj! ;)

jedyny drogowskaz, jaki spotkałyśmy na całej naszej drodze... na samym jej końcu ;)



Tak przez leśne ścieżki i strumyki dotarłyśmy do miejscowości Biłasovica. Uwielbiam przechodzić przez te ukraińskie wioski gdzieś na końcu świata... Klimat nie do podrobienia. Babuszki przy drodze. Kwiaty w ogrodach. Piwo w sklepikach. Magazinach. Obce psy merdają ogonami i przyłączają się do naszej wędrówki. To wasza sobaka? - zapytują miejscowi.

Gdy przeszłyśmy całą wieś okazało się, że ostatnia marszrutka odjechała nam pięć minut temu.

Nie zdążyłam wymalować kartki z napisem Львів, gdy zatrzymał się wspomniany wcześniej Ukrainiec, wielbiciel Polski.
I tak dojechałyśmy szczęśliwie prosto pod sam Lwów.

Ach, a tam relaks, sportowe masaże, lwowska kawa, mglisty klimat miasta. Wieczorne piosenki 5'nizza na rynku i tłum na torach tramwajowych popijający wiśniówkę i wykrzykujący tytuły kolejnych utworów... Ale to już zupełnie inna ukraińska historia... ;)






Zdjęcia! - moje
i Jagody :)






Garść pomocnych adresów:

Hasające zające wchodziły na Pikuj
i Karol Nienartowicz też
rugala.pl ma świetną mapę

jednak najbardziej przydatna okazała się niedostępna teraz nigdzie w sprzedaży (ale do zobaczenia tutaj):




Wielkie dzięki Krzysiek za pożyczenie! :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz