środa, 26 października 2016

Doliny w długich cieniach

 14 - 18 września 2016




A skąd to takie piękne pranie z osiołkiem?

No skąd?


Prosto z gór wysokich i rozległych... Z kraju, do którego wróciłam po roku. Prosto z realizacji podróżniczych, górskich marzeń sprzed niemal dwóch lat... (Swoją drogą za te "zlimerykowane" górskie marzenia wygrałam świetną książkę! ;)). 


 Tak, tak - oto i pranie z  rumuńskich Gór Fogaraskich!






Pomimo trudów i chwil zwątpienia udało nam się zrealizować cel naszej wyprawy. Zdobyliśmy najwyższy szczyt Rumunii! (Choć nadal nie wiem, jak poprawnie wymówić jego nazwę... ;) ).

2 544 m n.p.m.!



Tradycyjnie więc już na szczycie powstał Limeryk ze szczytu Korony Gór Europy... ;) Oto i on:

Najwyższego szczytu Rumunii zdobycie
- Moldoveanu - poszło nam wręcz znakomicie!
Widoki dech zapierają, 
ból pleców i nóg wynagradzają,
a z dolin niesie się owczych dźwięków odbicie...




Kilka wspomnień w słowach zamkniętych, prosto z brązowego notatnika, a później już tylko same piękne zdjęcia... :)


Myć zęby - z oszczędnością cennej wody, po którą trzeba wybrać się w przeszywająco zimną, nocną drogę do lodowatego strumyka. 

Myć zęby - i patrzeć na księżyc w pełni nad ciemnymi, groźnymi sylwetkami Gór Fogaraskich...  


Góry są potężne, niepojętnie rozległe. Wysokie, monumentalne. Robią piorunujące wrażenie. Podczas całodziennych wędrówek oczy nasycają się górskimi widokami - hen, hen, po horyzont, i jeszcze dalej....W dalekich dolinach błyszczą w słońcu strumyki i dźwięczą dzwoneczki owiec. Owce to malutkie, migrujące punkciki, jasne kropki na zieleni górskich zboczy.


O poranku dnia ostatniego, już po ataku szczytowym ;), ruszyliśmy w drogę powrotną. Doliny leżały w długich cieniach między górami sinoniebieskimi...Wędrowaliśmy przez te doliny, wspinając się na kolejne górskie pasma, by za chwilę schodzić z nich o trzęsących się nogach. Bardzo wyczerpująca wędrówka, ale też bardzo, bardzo piękna. Słońce w swoim żywiole, wiatr hulający po zboczach dolin, długie cienie gór. 


A pod schronisko osiołki na plecach przynosiły coca-colę i piwo "Ursus". Na twardej ziemi wysypialiśmy się porządnie, bo co tu robić przez długie, ciemne, chłodne godziny w namiocie... To już przecież sam koniec lata. Środek września. Góry groźnie otaczały naszą dolinkę z jeziorem, strumykiem i schroniskiem. Ołowiane chmury toczyły się po niebie...

























4 komentarze:

  1. Zdjęcia super,brawo.Limeryk też dobry.

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę przyznać, że ciekawy pomysł na bloga. :) Co do zdjęć - są naprawdę dobre! Gratuluję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) Bardzo mi miło przeczytać takie słowa. :)

      Aż pokazałam ten komentarz Mężowi, bo on wciąż powtarza, że "fotografia prania" to nietrafiony pomysł... ;)

      Usuń