środa, 22 października 2014

"jadę do babci na wieś"

nie mam swojego prania ze wsi;
ale pranie (na)drzewne Basi (dzięki Basia!)
myślę, że dobrze wpisuje się w klimat



Jak bardzo uboższe dzieciństwo mają mieszczuchy bez wakacji "u babci na wsi'"...

 


napis przy parkingu w Wołosate; na końcu bieszczadzkiego świata.

No właśnie, rację ma ten Emerson. Można z głodem "bycia w drodze", nienasyceniem "oderwania się od codzienności" wyszukiwać luk czasowych, kompanów i tanich biletów. Można wynajdywać atrakcje turystyczne, poznawać miejscowych, dostrzegać podobieństwa i różnice kulturowe. Można zachwycać się miejscami, do których pewnie się już nie wróci, nie dostrzegając uroku miejsc, w które wraca się ciągle, i ciągle... Jak do rodziny na wieś.


A tam wśród bezkresnej przestrzeni pól, nad pustą, kamienistą drogą zachody słońca jedyne w swoim rodzaju.

Zimą śnieg nieskalany, jak na biegunie. W dal majestatycznie ciągną się wysokie, samotne słupy linii wysokiego napięcia. Niepowtarzalnie piękne, mroźne popołudnia na polach "za stodołą".






Wiosną linie wysokiego napięcia bzyczą w nieprzebranej ciszy, nad pustymi jeszcze polami zawisa skowronek. Najbliższe domy w oddali na horyzoncie, stoją grzecznie w rządku wzdłuż drogi.

Lato jest pracowite, gwarne; za dnia huczą kombajny, wieczorami pustą drogę przecinają brzęczące skutery.

Gdy kończył się dzień jeździło się "po zielonkę" dla krów. Za traktorem biegł wierny pies. Czasem wracając można było położyć się "w klatce" na kopie świeżozerwanej, pachnącej koniczyny bądź lucerny, z której wyskakiwały jeszcze pasikoniki. I niepowtarzalne wieczorne koncerty świerszczy w ciepłe, rozgwieżdżone noce... W upalne dni pragnienie gasił truskawkowy lub rabarbarowy kompot. Z kolb kukurydzy robiło się lalki. Te najmłodsze i najwyższe to krótkowłose, zgrabne blondynki. Im dłuższe loki chciało się uzyskać, tym lalki były niższe. Starsze to kurpulentne matrony o rudawych, wysuszonych kędziorach. Na rowerach odkrywało się nowe światy zarośniętych "kamionek" z jeżynowymi krzewami i jabłoniami o cierpkich owocach. Nielegalnie wchodziło się na dach garaży po wiśnie. Pluło się zgromadzonymi w policzkach pestkami jak najdalej. Wiśniowy, kwaśny sok hojnie brudził łapki i ubranie. Nad oborą szukało się w sianie małych kociąt. Na czereśni krwawiącej bursztynową żywicą była najlepsza zabawa w dom, sklep i wesołe miasteczko. Wielki rumor, całe mnóstwo czarnych ptasich sylwetek na niebie - to z jednego pola na inne przelatuje kraczące "ptasie wesele".

Beztroskie wakacje na wsi rozciągały się w czasie, dłużyły się w nieskończoność, by nagle, zupełnie niespodziewanie przeskoczyć w przedwrześniowe zakupy nowych zeszytów, podręczników i piórnika.












Jesień była kwaśna od dzikich winogron zajadanych na obleczonych w białą folię belkach z sianem. Na tych belkach właściwie też nie można było siedzieć. Winogrona zostawiały fioletowe ślady, a siano się gniotło. Wiał szalony, porywczy wiatr, powietrze pachniało dymem. Na polach wykopki, nad polami unosiły się szare kłęby dymu z ognisk. Z bliska ten dym był bardzo gęsty, aż muślinowy, tworzył niesamowite, nietrwałe, nieustannie zmienne kształty i twory.

Jesienią pola z powrotem pustoszeją, szarzeją i cichną...







Takie właśnie, powtarzające się w sezonowym rytmie odwiedziny u rodziny na wsi... 




Karolina

4 komentarze:

  1. Nie cierpię zimy, ale fajnie napisane słowo i dobre zdjęcia potrafią mi wmówić, że jednak ją lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  2. wieś, wakacje, dzieciństwo, tęskno za tymi chwilami.
    spojrzenie na tamte chwile rozmywa się, wieś już nie taka ogromna, tajemnicza i dzika.
    a u Karoliny wszystko jest takie jak dawniej. uchwycić rzeczy ulotne i je tak opisać , sfotografować, ach
    już wiem jakie dzisiaj będą moje sny...

    OdpowiedzUsuń