piątek, 5 września 2014

Norweska kuchnia eksperymentalna

25-31 sierpnia 2014

Nie, nie będzie to wpis o kulinarnych nowinkach Norwegów. Będzie to prezentacja naszych jedzeniowych odkryć i spostrzeżeń z tygodnia spędzonego w tym cudownie pięknym skandynawskim kraju, który choć widokami zachwyca, to cenami - nawet w supermarketach - zdecydowanie nie.

i oczywiście norweskie "pranie" - z promu

Czyli co zrobić, żeby względnie dobrze 
i supertanio odżywiać się w Norwegii.




Można żywić się najtańszym znalezionym w norweskim KIWI chlebem smarowanym przywiezionymi z Polski kremem czekoladowym, marmoladą z dzikiej róży i białym serkiem - na zmianę lub w swobodnych kombinacjach. Daje energię i poza łyżeczką niczego więcej do aplikacji nie wymaga. Plastikowe opakowania zdecydowanie wagowo zwyciężają nad słoikami. Bliska jest mi szczególnie seria polecana przez Ewę Wachowicz z Delikatesów Centrum ;) - wymienione produkty doskonale sprawdziły się noszone po ukraińskich połoninach i ich zawartość całkiem nawet nieproszona się nie wylewała.
Świetna sprawa to też leciutkie i nie robiące problemów z sobą kiełki (rzodkiewkowe, brokułowe...) z Biedronki - wspaniale ubogacające biały ser. ;)



Ale ile można żywić się samym chlebem...

skoro w KIWI promocja na pół kilo chipsów... (eh)

Prawdziwe kulinarne eksperymenty zaczynają się przy posiadaniu dobrego garnka i palnika z gazem (który  to gaz w Norwegii można znaleźć, w zbliżonych do polskich cenach, w sportowych sklepach - na stacjach benzynowych są tylko takie [zbyt] duże).

Kuskus ponad wszystko. Gorąca woda do szczęścia mu wystarczy. A dobrze smakuje... chyba z każdym dodatkiem.




Nieśmiertelne kabanosy łączone z kukurydzą lub pomidorami z puszki (czy innymi cudami z puszki), pesto, czy na słodko: wspomniana wcześniej marmolada (+ cynamon!) - każdy z tych produktów dobrze czuje się w kuskusowym towarzystwie.

Właśnie: i przyprawy! Tak niewiele, a tyle potrafią...



Wykwintne danie z drogi na Trolltunge: ryżowy makaron z koncentratem pomidorowym, pokrojonymi w kostkę kabanosami i ziołami prowansalskimi (opcjonalnie + kiełki). Zaletą ryżowego, chińskiego makaronu jest jego waga oraz to, że podobnie jak kuskus, wystarczy zalać go gorącą wodą - nie potrzebuje gotowania. Sam smakuje zupełnie... nijak, ale łącząc go z wymienionymi wyżej składnikami... mmm, podróżnicze spaghetti szybko i prosto - gotowe! ;)



a na deser: wszędobylskie jagody

W temacie "deserów" jeszcze: zachwycona byłam moim pomysłem połączenia suszonych moreli i cynamonu ze słodkimi bułkami, tego typu:

Można znaleźć w norweskich supermarketach podobne -->
za ok. 6 koron (+/- 3 zł). 








Już nad Trolltungą nie zachowaliśmy się jak hiperultraniskobudżetowi turyści i spałaszowaliśmy liofilizowane obiady. Ponad 600 kcal za ponad 20 zł. Znów wystarczył wrzątek, 15 minut i było całkiem smacznie.

Norweska kuchnia: hiszpańska czy francuska? ;)


Albo włoska... a mianowicie tortellini. Czyli małe pierożki z nadzieniem serowym, grzybowym lub mięsnym. Potrzebują gotowania się przez ok. 15 minut. Tanie znajdziemy np. w Biedronce ;), a koncentrat pomidorowy lub pesto  + przyprawy spotęgują doznania smakowe.






W ramach Allemansrätten, czyli skandynawskiego prawa dostępu do korzystania z natury swobodnie można zbierać w lasach wszelkie owoce i grzyby - co też sprzyjać może taniemu norweskiemu jedzeniu.


Nyt måltidet! ;)


O Norwegii więcej tutaj
a zdjęcia - nie tylko kulinarne - znaleźć można tu.

Karolina

1 komentarz:

  1. Bardzo dobrze, że trafiłam na ten wpis akurat teraz - za 9 dni lecę do Norwegii i martwiłam się śmiercią głodową przez ceny :D
    (a przy okazji do mnie zapraszam w wolnej chwili: http://stopempoprzygode.blogspot.com/ ;) )

    OdpowiedzUsuń