sobota, 9 sierpnia 2014

Szukając Małego Księcia...

16 lipca 2014

"- Pustynia jest piękna - dorzucił. 

To prawda. Zawsze kochałem pustynię. Można usiąść na wydmie. 
Nic nie widać. Nic nie słychać. Ale mimo to coś promieniuje w ciszy...

- Pustynię upiększa to - powiedział Mały Książę - że gdzieś w sobie kryje studnię...

Nagle ze zdziwieniem zrozumiałem to tajemnicze promieniowanie piasku. 
Gdy byłem małym chłopcem, mieszkałem w starym domu, do którego 
przywiązana była legenda o ukrytym skarbie. Oczywiście nikt skarbu 
nie znalazł, a może nawet nie szukał go. Lecz on rzucał czar na dom. 
Mój dom ukrywał w sobie tajemnicę... 

- Tak - powiedziałem Małemu Księciu - to, co upiększa dom 
czy gwiazdy, czy pustynie jest niewidzialne."

Antoine De Saint-Exupery: "Mały Książę"


Co prawda stoki góry Garedża są półpustynne, więc podobno nie jest to pustynia z prawdziwego zdarzenia...
Ale czułam, że nad Dawid Garedża ze swej planety B-612 spogląda na nas Mały Książę, a żmije podobne do jego złocistej żmii prześlizgują się bezgłośnie wśród suchych traw... Miejsce wyjątkowe i trochę nierealne. 

Pranie z jedynej wśród pustkowia miejscowości: Udabno 
(udabno - უდაბნო - znaczy pustynia):


i pranie mnichów (!) z Dawid Garedża:


W internetach porady: jak dojechać do Dawid Garedża, skoro nic tam nie jeździ? My trafiłyśmy tam, jak wszędzie w Gruzji, stopem. I trochę przypadkiem. Bo nie planowałyśmy w naszej podróży Kachetii i wizyty w gruzińskiej Toskanii. A tam z kolei nie planowałyśmy noclegu i spotkania mówiącego po polsku Gruzina i Polki z Krakowa. Oni ostrzegli nas przed żmijami i dzikimi, pustynnymi psami (!) słysząc o naszym pomyśle na spanie "gdzieś po drodze". I to od nich usłyszeliśmy o Polakach, którzy na pustkowi założyli restaurację - Oasis Club. Niestety, nie udało nam się przy niej zatrzymać. (jest powód żeby tam wrócić!)

Porankiem więc z Signagi ruszyłyśmy w stronę Sagarejo.

...a po drodze...

W Sagarejo nie miałyśmy wielkich nadziei, ale stanęłyśmy machając na nieliczne auta skręcające w drogę prowadzącą na pustynie. Szybko pojawił się jakiś taksówkach, ale my nie poddawałyśmy się... I zatrzymały się trzy zwariowane, wesołe nastolatki z Tbilisi. Właśnie zdały jakieś egzaminy i jechały (jak się później okazało) strzelić sobie selfie przy Dawid Garedża ;). Śpiewały, śmiały się, było trochę jak w Hannah Montana, aż coś łupnęło w przednim kole. Przedziwnym, szczęśliwym trafem akurat niedaleko wśród pustych przestrzeni starszy pan kosił trawę do bagażnika auta (?). Wykazał się gruzińską życzliwością i sam podszedł nam pomóc.


Wszystko skończyło się szczęśliwie. Koło wymienione. Jechałyśmy dalej długo, dłuugo... Przejeżdżałyśmy przez Udabno, niewielką miejscowość oddaloną o kilkadziesiąt kilometrów od cywilizacji. Podobno powstała przez wysiedlenie wiecznie narażonych na powódź ludzi ze Swanetii. Trafili z jednego końca Gruzji aż do przesytu bogatego w wodę na drugi koniec swego kraju, gdzie po tę wodę trzeba jeździć do odległych miast....

 Udabno z oddali

Jechałyśmy poprzez wydłużające drogę "skróty", z przystankami tam i tu. W upale i skwarze. W końcu dotarłyśmy uradowane do naszego celu. Zostawiłyśmy beztrosko plecaki za śmietnikami i ruszyłyśmy podziwiać słynny kompleks monastyrów.



A tam takie dziwne drzewo przypominające czereśnię, z owocami o kształcie zbliżonym do malin, o smaku bardzo kwaśnym i soku lejącym się wszędzie:


Zastanawiałyśmy się, czy to może z tych owoców robią ten tajemniczy gruziński sos do szaszłyków?


Było niesamowicie gorąco. Na szczęście przy wejściu do monastyrów można było uzupełnić zapasy wody :)

zdjęcie Jagody

Nasze zwariowane nastolatki pojechały do Signagi, a my wdrapywałyśmy się wyżej, i wyżej, i wyżej...




Im wyżej, tym bardziej zachwycająco pięknie. Skały w czerwonawe prążki jak odpustowe cukierki. Bezkres pustkowia. Sucha, piaszczysta ścieżka. Gorące rozedrgane powietrze, pojedyncze podmuchy ciepłego wiatru. A z samej góry - zapierający dech widok na gruzińskie i azerbejdżańskie pustynne przestrzenie.





Dłuuugie chwile zatapiałyśmy się w tym widoku... Wielki żal było stamtąd wracać... Ale realnie patrząc szanse na złapanie stopa na pustkowiu miałyśmy dość nikłe, a robiło się coraz później... (Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że przy  Oasis Club można robić namiot! albo i spać w wojskowym namiocie - bez stresu bycia pożartym przez dzikie, pustynne psy).







A Mały Książę przyglądał nam się z daleka, podlewając swoją Różę...




Kolejne wielkie szczęście - na dole plecaki całe i zdrowe, a i złapałyśmy całkiem szybko na stopa taksówkę, wiozącą już szwajcarską pielęgniarkę z chłopakiem. Rzewnie pogawędziłyśmy sobie o pielęgniarskiej doli, o polskich i szwajcarskich realiach pracy i zarobkach. W efekcie po opowieściach o polskich standardach Szwajcarzy nie chcieli przyjąć od nas zwrotu za podwóz taksówką. No cóż.... 

A po drodze widzieliśmy płonące pola.





zdjęcie wykonane przez Jagodę

3 komentarze:

  1. Foty jak z BAJKI -tak trzymaj.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspomnienia to jest to.Dobrze że jest co wspominać. Tak
    ,,trzymaj,,dalej by było co wspominać.

    OdpowiedzUsuń