wtorek, 29 lipca 2014

Śniadanie ze świniami

17-18 lipca 2014

Miasto zaspałych marzeń...
Cziatura (ჭიათურა)




Wszyscy Gruzini, bez zastanowienia, byli zgodni w jednej kwestii - w tym mieście nie ma nic ciekawego.
"Zero!"

A mnie jego atmosfera urzekła niezwykle...






Już z Zestaponi złapałyśmy na stopa betoniarkę. Od początku zapowiadało się więc ciekawie.



Gruzini z betoniarki po rosyjsku niezbyt pewnie ciut-ciut gawarit. Dzień gorący, skóra spocona i lepka od upału, chaczapuri którym nas częstowali parzące w dłonie i pyszne. Ciepła, wygazowana cola, a oni weseli i opaleni, przypominali roześmianych parobków Ditko.


Cziatura przywitała nas niczym Hollywood:


Słońce ciągle mocno przygrzewało, atmosfera w zastałym powietrzu senna i leniwa. Czas zatrzymał się tu dobrych parę lat temu i nie chce mu się ruszać dalej. Nasycałyśmy się podróżami niesamowitymi kolejkami, które przeżyły swoją śmierć techniczną. Symbol tego miasta w poradzieckim klimacie. 





Cziatura leży w dolinie, otoczona malowniczymi wzgórzami, do których prowadzą zardzewiałe kolejki jak ze steampunkowego koszmaru. To miasto górnicze, podobno dawny ważny ośrodek przemysłowy, niegdyś odpowiadający za 60% światowego wydobycia rud manganu. 
Ludzie jeżdżą tymi kolejkami jak najzwyklejszymi tramwajami, z zakupami i na obiad. I często mają smutne twarze. Podobno jak w Zabrzu, tylko prawie 100 razy mniej mieszkańców.




Policja zaangażowana i uczynna w gruzińskim stylu, a znudzeni młodzi Gruzini trochę bardziej prymitywnie nachalni niż wszędzie. Takie nasze jednodniowe obserwacje społeczne.



Słońce powoli rzucało na dolinę ostatnie błogo ciepłe promienie. Skóra nadal słonawa i spalona. Czas rozmemłany, rozciągnięty jak wyżuta guma do żucia, atmosfera rozgrzanego i lepkiego bezruchu. W starych, odrapanych blokach pustostanami otoczone zaludnione mieszkania.







No i puste plastikowe butelki na sznurku (może to taka oryginalna reklama?..), a pomiędzy blokami pawie w klatce (?!).




Wspomniani już pomocni stróże prawa szukali z nami idealnego podłoża dla palatki na wybranym przez nas wzgórzu. W gruzińskim stylu długo się nad tym zastanawiali, naradzali i zmieniali zdanie. Widok policjanta niosącego nasz rozłożony już namiot pośród wysokich paproci w drodze na nowowymyślone przez nich "lepsze miejsce" - niezapomniany i bezcenny. 



Mundurowi wielkodusznie dostarczyli nam zapas wody i gałązkę jabłoni wraz z jabłkami.
Którymi rano bez pytania poczęstowały się świnie.


Widok wszechobecnych krów (droha!), bezpańskich psów i kotów, kur, kaczek czy też i tych spacerujących sobie swobodnie świń już nas tak nie dziwił... Ale te stworzenia z Cziaturi, po radosnym wytaplaniu się w błocie (gdzie chwilę wcześniej umyłam zęby...) i wytarciu cielsk o pnie drzew, okazały się być wyjątkowo bezczelne.


Rośliny też tu można znaleźć jakieś dziwne:


I czyżby ukraiński patent z kamieniami na liniach elektrycznych, udoskonalony o butelkę?...


Tyle tajemnic i zagadek kryje Cziatura... ;)

Mimo tutejszych niewychowanych zwierząt (i nie tylko...) gorąco polecam zobaczenie tego najmniej turystycznego gruzińskiego miasta w jakim udało nam się być.


i więcej zdjęć z miasta uśpionych perspektyw

Karolina

2 komentarze:

  1. Jak na ZERO
    to miasteczko, otoczenie i inwentarz gospodarczy prezentują się niezwykle.
    a chrupanie śniadania ze świniami musi być niezapomnianym przeżyciem.
    Pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. takie miasteczkowe "ZERA" są według mnie właśnie najciekawsze i najbogatsze doznaniowo zazwyczaj.. ;)

      Usuń