wtorek, 27 marca 2018

Psychizacja krajobrazu



Wrażenie pustki.


Lodowaty wiatr, który rozpalał policzki. Kiedy wstrzymywał swą szaloną gonitwę nastawała zupełna Cisza. Biały bezkres. Wyłaniające się z mlecznego powietrza srogie, surowe skały. Kontrasty. Bieli śniegu z ciemną zielenią kosodrzewiny. Jaskrawych ubrań i plecaków z monotonią i stałością krajobrazu. Lodowato zimnych dłoni z gorącym zachwytem w sercu. Kontrasty. Lekki puch śniegu i siła górskich skał.


sobota, 3 lutego 2018

Ciepły, letni dzień w styczniu

Zielone liście kołyszą się na wietrze. Ziemia dudni od przejeżdżającego pod nami metra. Słońce przecudnie świeci. Świetliste zajączki odbijają się od poruszanej wiatrem plastikowej płachty i skaczą po rękach. Wokół chyba sami stali bywalcy tego miejsca. Lokalsi. Dwóch facetów przy kawie. (Bartek mówi, że to znak innej kultury - u nas to ponoć widok niespotykany). Chłopak w szarej czapce z rudym psem i kieliszkiem białego wina. Para staruszków ze szklankami złocistego piwa. Knajpka "Restaurant Fali's Bar" prowadzona przez Chińczyków. Paella z krewetką o małych, ciemnych oczkach. Żółty ryż na czarnej patelni. Kawa z mlekiem trafia w najlepszy na nią moment. Teraz. Ciepły, letni dzień w styczniu trwa.


Esencję lata poczułam wracając się po coś do naszego mieszkania z Airbnb. Zaciemniony korytarz, przez szybę wpada pełnia słonecznego dnia. Cienie i ciepłe blaski przeplatają się na ścianie. Otwarte okno. W mieszkaniu obok gra telewizor. Tak jakoś wyjątkowo typowo dla letnich dni - dźwięk telewizora słyszany z mieszkania obok... To chyba specyfika otwartych latem okien. Że tak słychać. Że tak mi się kojarzy z latem właśnie.

Z chłodu klatki schodowej prosto w ciepło słonecznego dnia. Jak latem.

Coś wspaniałego - doświadczyć lata w styczniowy weekend w Barcelonie... :)







jest i pranie z Barcelony, rzecz jasna ;)



wtorek, 28 listopada 2017

Dlaczego warto wybrać się w drogę?

Zakochałam się w rowerowych podróżach.


Potem tliła się w głowie myśl o dłuższej rowerowej drodze.
Do realizacji doszło w czerwcu 2017. 

A dlaczego pojechaliśmy akurat w czerwcu?
Bo to najdłuższe dni w roku. Te dni, w które zwykle czekało się na szkolnym boisku na upragnione wakacje. Te dni, w sesyjnej gorączce, w które trzeba było przyswoić wiedzę z wykładów z całego roku... 

My w tym roku w czerwcu ruszyliśmy w drogę! ;)



no i pranie z rowerowej podróży ;)

Dlaczego warto wybrać się w drogę?

Impresje spod rosyjskiej granicy

granica...


i tematycznie - obuwnicze pranie zza siatki ;)


Rowerowy Szlak Green Velo wiedzie wzdłuż granic Polski. I to tych najciekawszych. Wschodnich. Granic z państwami, do których nie ma tak łatwego dostępu jak do krajów Unii Europejskiej. Ukraina, Białoruś, Rosja. 

Już pierwszego dnia naszej rowerowej tułaczki doświadczyliśmy bliskości zamkniętej granicy. 

Kawałek za Przemyślem, Budzyń. Jeden z pierwszych Miejsc Obsługi Rowerzystów na naszej drodze. Jakieś 1,5 km do granicy z Ukrainą. Rozpaliliśmy ogień na palniku kuchenki turystycznej, rozłożyliśmy nasz prowiant. Przekąsiliśmy co nieco. Błogi odpoczynek. Cisza, spokój, wokół lasy i jakieś domki. Przychodzą przyjaźnie nastawione kundelki, szare koty. Proszą o głaskanie.

Pojawili się też panowie ze straży granicznej na motorach, zapytali co tutaj robimy. Jeden zaśmiał się, że wyglądamy przecież całkiem podobnie do rowerzystów na zdjęciach przy mapie Green Velo na MORze. No tak, jesteśmyprzecież tylko zwykłymi rowerzystami jadącymi szlakiem Green Velo. Pożegnali się i odjechali.






Nie spieszyło nam się specjalnie. Powoli jednak zaczęliśmy się zbierać, gdy panowie na motorach pojawili się po raz kolejny. Mili strażnicy graniczni powiedzieli, że jednak muszą nas spisać. Ludzie z okolicznych domów dzwonią, że tu siedzimy, a szef pyta, kim jesteśmy. Podaliśmy im nasze dowody osobiste i stwierdziliśmy, że okolice granicy z Ukrainą to chyba nie jest najlepsze miejsce na rozbijanie namiotu zupełnie "na dziko"... Tym sposobem na nocleg wylądowaliśmy w Budomierzu, rozbijając namiot na podwórku za kościołem u pana, który właśnie wybierał się po piwo na Ukrainę... ;) 


O ile Ukraina i Białoruś pomimo zamkniętych granic nie są dla nas specjalnie sekretne, bo te zamknięte granice już przekroczyliśmy ;), tak rosyjski obwód kaliningradzki owiany jest intrygującą tajemnicą...

Zdjęcia, których nie ma

Z rowerowej podróży mam takie kadry, których nie nadążyłam łapać obiektywem (wąskim – do niepełnej klatki wzięłam najlżejszy obiektyw: 50 mm. Te złapane kadry więc są dość... bliskie).

To będzie więc wyjątkowy wpis - bez zdjęć.
Tekst o zdjęciach, których nie ma.

Dotykanie cudzej codzienności. Historie jakby podszyte stasiukową narracją. I to poczucie wolności, doświadczania życia...


No to obrazki.

Najpierw Przemyśl. Najchętniej zsiadłabym z roweru i robiła zdjęcia. Przed dworcem panowie taksówkarze. Swojscy i mający obfitość czasu. Przywodzący na myśli tych gruzińskich mężczyzn, którzy cały dzień mogą spędzić na obradach o losach świata. Szczególnie w tak ciepłe dni, kiedy tym bardziej nie ma się gdzie spieszyć. Jeden pan taksówkarz spod przemyskiego dworca stał przy swoim TAXI i moczył herbacianą torebkę we wrzątku w plastikowym kubku. I ten taksówkarz, i ta okolica dworca PKP w Przemyślu, i ta torebka herbaty w tym plastikowym kubku, i ta para unosząca się znad wrzątku w tym porannie późnowiosennym słońcu - powstał kadr doskonały.

A przemyscy taksówkarze mówili, że Green Velo nie istnieje.


Sobota. W Przemyślu ludzie leniwie spieszą się na targ. Radzą, którędy przedostać się przez rzekę. Migają obrazki warte uwiecznienia. W bloku każdy balkon okwiecony. Ograniczony metalową barierką i przyozdobiony na swój niepowtarzalny sposób. Na najwyższym piętrze parasol i pełen relaks dwóch pań w słoneczną, czerwcową sobotę.


Czas na zdjęcie prania, którego nie ma:
Za Przemyślem szlak prowadzi przez zielony, wiszący most nad rzeką. Kawałek dalej w totalnym pustkowiu przejętym przez zarośla i pola, bez sensownej drogi dojazdowej stoi parę chałupek. Pobieżnie wyglądało to na obóz cygański. Ludzie siedzieli na ławkach, schodkach, ktoś zagadywał, przyglądał nam się z zaciekawieniem, malownicze pranie powiewało na wietrze, a my przejeżdżaliśmy rowerami jakby przez środek ich podwórka...


Przed Horyńcem, upalne niedzielne przedpołudnie. Na podrdzewiałej beczce stała dziewczyna w intensywnie niebieskiej bluzce. Taki chaber. Na dole krowy pasące się na łące. Z beczki chyba lała się woda do wodopoju dla bydła. Idealny kadr... Te kolory, ten układ...


Goniądz. Niby bloki, a jakby wieś. Z któregoś okna krzyk: "Hania, do domu!". Śniada młodzież przy podupadającym budynku podpala papierosy. Miejscowi młodzi gniewni. Tacy pewni siebie i budzący postrach stoją na tle naderwanego plakatu "1% dla białostockiego hospicjum".


wtorek, 14 listopada 2017

Dymiący Wezuwiusz, starożytne Pompeje i chaotyczny Neapol

Dni robią się coraz krótsze, światu ubywa kolorów, a powietrze coraz bardziej nasyca się melancholią... Tradycyjnie w listopadzie polecieliśmy złapać trochę słońca przed zimą... :) Tym razem padło na Włochy. Bartek we Włoszech nie był nigdy, a ja tylko raz i tylko na chwilę - w Trieście przy granicy ze Słowenią. Celem naszego okołoweekendowego lotu był Neapol - który ponoć jest zupełnie inny od reszty włoskich miast... Trzeba więc jeszcze do Italii wrócić, i sprawdzić, czy rzeczywiście... reszta kraju nie tonie w śmieciach?!.. ;)


włoskie miasteczka to skarbnica prania do fotografowania.. ;)

pani opuszczała z balkonu różowe wiaderko na sznurku...

...pan na dole wpakował do niego zakupy - i wiaderko zostało wciągnięte na górę ;)


Na Wezuwiusz pieszo?


środa, 1 listopada 2017

Październik w górach




początek października, droga na Jaworzynę Krynicką

Dzień Nauczyciela i wędrówka na Mogielicę

w drodze na Ciemniak w imieniny Małgorzaty


Bez dwóch zdań - najpiękniejsza pora roku w górach to jesień. 

A październik to zdecydowanie mój ulubiony miesiąc. 


Zapraszam więc na fotograficzną wycieczkę po górach w tym przepięknym czasie polskiej złotej jesieni... :)



Ale najpierw: obowiązkowa fotografia prania... z października sprzed dwóch lat ;)


to urocze pranie (część prezentu ślubnego) czekało właśnie na ten moment.. ;) dzięki!


środa, 4 października 2017

Na ukraińskie połoniny z bieszczadzkiej tęsknoty...

Podobno to najpopularniejsze marzenie bieszczadzkiego turysty przemierzającego polskie połoniny - móc przejść na tą mityczną ukraińską stronę...


skryte ukraińskie pranie


Takie marzenie było i moim udziałem, gdy w 2011 roku pierwszy raz w stylu backpackerskim ;) wędrowałam z Klaudią po bieszczadzkich szczytach. Pamiętam te westchnienia i tęskne spojrzenia z Tarnicy, Halicza i Rozsypańca hen, tam, w dal, na wschód... Marzenie stosunkowo szybko udało się zrealizować, bo już w 2013 roku w powiększonym składzie włóczyliśmy się po ukraińskich połoninach Świdowca. Było przepięknie... I od tamtej pory tęsknota za górami na Ukrainie regularnie do mnie powraca. 



Powrót platzkartą tam, gdzie ukraińskie Kvasy
otwierają swe wrota, by jako brudasy
włóczyć się po błogich połoninach,
w namiocie spać, nie wybrzydzać w winach…
Zachwytów moc, a bez wydania grubej kasy.



Tego lata coraz wyraźniej z mglistych zamiarów wyłaniały się konkretne kształty planów na ponowną podróż w tamte strony. Przygotowując się do wycieczki uświadomiłam sobie, że te wyśnione, wymarzone mityczne góry "po tamtej stronie", które tak dobrze widać z Halicza, to przecież... pasma dużo bliższe polskiej granicy niż Świdowiec! To w końcu są dalej Bieszczady, tylko ukraińskie. 


Tęsknota sprzed sześciu lat odżyła na nowo. ;)


ot, i ukraińskie Bieszczady.. czyż nie podobne do tych polskich? ;)